polishphotobook:

Jan Styczyński
KOTY
Koty Jana Styczyńskiego są wyjątkowo wdzięcznym pod względem estetycznym produktem artystycznym czasu postalinowskiej odwilży. W swej ujmującej niewinności album jest czymś dokładnie różnym od orwellowskiego folwarku. To dzieło plastyczne w idealny sposób ignorujące rzeczywistość społeczno-polityczną swego czasu. Oto Koty - ponad setka czarno-białych fotografii ukazujących udomowione i dzikie zwierzęta, w ujęciach portretowych, scenkach rodzajowych, pejzażu miejskim. Zarazem jednak książka ta antycypuje podobne tematyczne zbiory o pozornie większym ciężarze gatunkowym - jak choćby późniejszy o parę lat album Mały człowiek Zofii Rydet. Ludzkie emocje projektowane są tu na popularne zwierzęta, a rodzaj narracji przypomina klasyczny fotoreportaż: koty w obcych krajach, na tle Giewontu, na ulicy, w domu, za kratą. W tym sensie jest to więc dzieło typowe dla fotografii humanistycznej połowy XX wieku, z jej skłonnością do idealizacji wybranych wycinków rzeczywistości, pokazywanej w wybiórczy i pogodny sposób (nie pojawia się tu na przykład motyw śmierci tak dziś popularny w ikonografii tematu). Koty to adaptacja steichenowskiego sposobu widzenia świata: “życie jest piękne we wszystkich jego przejawach”. Co prawda wolnego człowieka w PRL-u nie dało się przedstawić, ale wolnego kota - jak najbardziej.
Koty sytuują się na formalistycznych marginesach politycznej odwilży, ale powstały przecież w czasie, w którym formalizm miał rewizjonistyczny posmak. Pod względem plastycznym album jest doskonale zakomponiowany, ekspresyjnie kontrastuje czerń i biel. Przypomina wręcz rodzaj ćwiczenia formalnego w duchu wczesnych modernistów. Książka jest przy tym dynamicznie złamana ze swobodnie komponowanymi rozkładówkami. Cechuje ją też poczucie humoru, czego wyrazem jest choćby wstępny tekst sygnowany przez psa fafika.
Koty to piękny album o niczym i jednocześnie przejmujący kamuflaż. Dla Styczyńskiego, podobnie jak to było w wypadku innych twórców jego pokolenia (Z. Dłubak. E. Lokajski, E. Haneman) fotografia była rodzajem eskapistycznej praktyki, odreagowania intensywnych doświadczeń czasu wojny (Styczyński był członkiem AK w komórce wywiadu), a potem ucieczką przed politycznym i artystycznym terrorem stalinizmu. Patrząc na tę książkę przez pryzmat późniejszych publikacji fotografa warto zwrócić uwagę na fakt, że mimo współpracy z największymi ówczesnymi wydawnictwami państwowymi, łączy je konsekwentna intuicja do tematów odległych od oficjalnej rutyny peerelowskich albumów krajoznawczo-propagandowych. Styczyński, niesłusznie zapomniany, ma na koncie przynajmniej kilka wybitnych albumów fotograficznych (np. Ludzie areny, 1975), spośród których większą uwagę poświęcono dotąd tylko Wiśle (1973). Fotografie z tej książki włączyło do swojej kolekcji warszawskie Muzeum Sztuki Nowoczesnej, podążając zresztą za jednym ze znanych obrazów Wilhelma Sasnala namalowanym na podstawie zamieszczonego w tej książce fotograficznego portretu Władysława Broniewskiego. 
fotografie: Jan Styczyński
tekst: Jan Styczyński
opracowanie graficzne: Wiktor Górka
wydawca: Sport i Turystyka, Warszawa
rok wydania: 1960
objętość: 120 stron
format: 22 x 27 cm
oprawa: twarda, płócienna z obwolutą
nakład: 20 350 egz.
ISBN —-
Zoom Info
polishphotobook:

Jan Styczyński
KOTY
Koty Jana Styczyńskiego są wyjątkowo wdzięcznym pod względem estetycznym produktem artystycznym czasu postalinowskiej odwilży. W swej ujmującej niewinności album jest czymś dokładnie różnym od orwellowskiego folwarku. To dzieło plastyczne w idealny sposób ignorujące rzeczywistość społeczno-polityczną swego czasu. Oto Koty - ponad setka czarno-białych fotografii ukazujących udomowione i dzikie zwierzęta, w ujęciach portretowych, scenkach rodzajowych, pejzażu miejskim. Zarazem jednak książka ta antycypuje podobne tematyczne zbiory o pozornie większym ciężarze gatunkowym - jak choćby późniejszy o parę lat album Mały człowiek Zofii Rydet. Ludzkie emocje projektowane są tu na popularne zwierzęta, a rodzaj narracji przypomina klasyczny fotoreportaż: koty w obcych krajach, na tle Giewontu, na ulicy, w domu, za kratą. W tym sensie jest to więc dzieło typowe dla fotografii humanistycznej połowy XX wieku, z jej skłonnością do idealizacji wybranych wycinków rzeczywistości, pokazywanej w wybiórczy i pogodny sposób (nie pojawia się tu na przykład motyw śmierci tak dziś popularny w ikonografii tematu). Koty to adaptacja steichenowskiego sposobu widzenia świata: “życie jest piękne we wszystkich jego przejawach”. Co prawda wolnego człowieka w PRL-u nie dało się przedstawić, ale wolnego kota - jak najbardziej.
Koty sytuują się na formalistycznych marginesach politycznej odwilży, ale powstały przecież w czasie, w którym formalizm miał rewizjonistyczny posmak. Pod względem plastycznym album jest doskonale zakomponiowany, ekspresyjnie kontrastuje czerń i biel. Przypomina wręcz rodzaj ćwiczenia formalnego w duchu wczesnych modernistów. Książka jest przy tym dynamicznie złamana ze swobodnie komponowanymi rozkładówkami. Cechuje ją też poczucie humoru, czego wyrazem jest choćby wstępny tekst sygnowany przez psa fafika.
Koty to piękny album o niczym i jednocześnie przejmujący kamuflaż. Dla Styczyńskiego, podobnie jak to było w wypadku innych twórców jego pokolenia (Z. Dłubak. E. Lokajski, E. Haneman) fotografia była rodzajem eskapistycznej praktyki, odreagowania intensywnych doświadczeń czasu wojny (Styczyński był członkiem AK w komórce wywiadu), a potem ucieczką przed politycznym i artystycznym terrorem stalinizmu. Patrząc na tę książkę przez pryzmat późniejszych publikacji fotografa warto zwrócić uwagę na fakt, że mimo współpracy z największymi ówczesnymi wydawnictwami państwowymi, łączy je konsekwentna intuicja do tematów odległych od oficjalnej rutyny peerelowskich albumów krajoznawczo-propagandowych. Styczyński, niesłusznie zapomniany, ma na koncie przynajmniej kilka wybitnych albumów fotograficznych (np. Ludzie areny, 1975), spośród których większą uwagę poświęcono dotąd tylko Wiśle (1973). Fotografie z tej książki włączyło do swojej kolekcji warszawskie Muzeum Sztuki Nowoczesnej, podążając zresztą za jednym ze znanych obrazów Wilhelma Sasnala namalowanym na podstawie zamieszczonego w tej książce fotograficznego portretu Władysława Broniewskiego. 
fotografie: Jan Styczyński
tekst: Jan Styczyński
opracowanie graficzne: Wiktor Górka
wydawca: Sport i Turystyka, Warszawa
rok wydania: 1960
objętość: 120 stron
format: 22 x 27 cm
oprawa: twarda, płócienna z obwolutą
nakład: 20 350 egz.
ISBN —-
Zoom Info
polishphotobook:

Jan Styczyński
KOTY
Koty Jana Styczyńskiego są wyjątkowo wdzięcznym pod względem estetycznym produktem artystycznym czasu postalinowskiej odwilży. W swej ujmującej niewinności album jest czymś dokładnie różnym od orwellowskiego folwarku. To dzieło plastyczne w idealny sposób ignorujące rzeczywistość społeczno-polityczną swego czasu. Oto Koty - ponad setka czarno-białych fotografii ukazujących udomowione i dzikie zwierzęta, w ujęciach portretowych, scenkach rodzajowych, pejzażu miejskim. Zarazem jednak książka ta antycypuje podobne tematyczne zbiory o pozornie większym ciężarze gatunkowym - jak choćby późniejszy o parę lat album Mały człowiek Zofii Rydet. Ludzkie emocje projektowane są tu na popularne zwierzęta, a rodzaj narracji przypomina klasyczny fotoreportaż: koty w obcych krajach, na tle Giewontu, na ulicy, w domu, za kratą. W tym sensie jest to więc dzieło typowe dla fotografii humanistycznej połowy XX wieku, z jej skłonnością do idealizacji wybranych wycinków rzeczywistości, pokazywanej w wybiórczy i pogodny sposób (nie pojawia się tu na przykład motyw śmierci tak dziś popularny w ikonografii tematu). Koty to adaptacja steichenowskiego sposobu widzenia świata: “życie jest piękne we wszystkich jego przejawach”. Co prawda wolnego człowieka w PRL-u nie dało się przedstawić, ale wolnego kota - jak najbardziej.
Koty sytuują się na formalistycznych marginesach politycznej odwilży, ale powstały przecież w czasie, w którym formalizm miał rewizjonistyczny posmak. Pod względem plastycznym album jest doskonale zakomponiowany, ekspresyjnie kontrastuje czerń i biel. Przypomina wręcz rodzaj ćwiczenia formalnego w duchu wczesnych modernistów. Książka jest przy tym dynamicznie złamana ze swobodnie komponowanymi rozkładówkami. Cechuje ją też poczucie humoru, czego wyrazem jest choćby wstępny tekst sygnowany przez psa fafika.
Koty to piękny album o niczym i jednocześnie przejmujący kamuflaż. Dla Styczyńskiego, podobnie jak to było w wypadku innych twórców jego pokolenia (Z. Dłubak. E. Lokajski, E. Haneman) fotografia była rodzajem eskapistycznej praktyki, odreagowania intensywnych doświadczeń czasu wojny (Styczyński był członkiem AK w komórce wywiadu), a potem ucieczką przed politycznym i artystycznym terrorem stalinizmu. Patrząc na tę książkę przez pryzmat późniejszych publikacji fotografa warto zwrócić uwagę na fakt, że mimo współpracy z największymi ówczesnymi wydawnictwami państwowymi, łączy je konsekwentna intuicja do tematów odległych od oficjalnej rutyny peerelowskich albumów krajoznawczo-propagandowych. Styczyński, niesłusznie zapomniany, ma na koncie przynajmniej kilka wybitnych albumów fotograficznych (np. Ludzie areny, 1975), spośród których większą uwagę poświęcono dotąd tylko Wiśle (1973). Fotografie z tej książki włączyło do swojej kolekcji warszawskie Muzeum Sztuki Nowoczesnej, podążając zresztą za jednym ze znanych obrazów Wilhelma Sasnala namalowanym na podstawie zamieszczonego w tej książce fotograficznego portretu Władysława Broniewskiego. 
fotografie: Jan Styczyński
tekst: Jan Styczyński
opracowanie graficzne: Wiktor Górka
wydawca: Sport i Turystyka, Warszawa
rok wydania: 1960
objętość: 120 stron
format: 22 x 27 cm
oprawa: twarda, płócienna z obwolutą
nakład: 20 350 egz.
ISBN —-
Zoom Info
polishphotobook:

Jan Styczyński
KOTY
Koty Jana Styczyńskiego są wyjątkowo wdzięcznym pod względem estetycznym produktem artystycznym czasu postalinowskiej odwilży. W swej ujmującej niewinności album jest czymś dokładnie różnym od orwellowskiego folwarku. To dzieło plastyczne w idealny sposób ignorujące rzeczywistość społeczno-polityczną swego czasu. Oto Koty - ponad setka czarno-białych fotografii ukazujących udomowione i dzikie zwierzęta, w ujęciach portretowych, scenkach rodzajowych, pejzażu miejskim. Zarazem jednak książka ta antycypuje podobne tematyczne zbiory o pozornie większym ciężarze gatunkowym - jak choćby późniejszy o parę lat album Mały człowiek Zofii Rydet. Ludzkie emocje projektowane są tu na popularne zwierzęta, a rodzaj narracji przypomina klasyczny fotoreportaż: koty w obcych krajach, na tle Giewontu, na ulicy, w domu, za kratą. W tym sensie jest to więc dzieło typowe dla fotografii humanistycznej połowy XX wieku, z jej skłonnością do idealizacji wybranych wycinków rzeczywistości, pokazywanej w wybiórczy i pogodny sposób (nie pojawia się tu na przykład motyw śmierci tak dziś popularny w ikonografii tematu). Koty to adaptacja steichenowskiego sposobu widzenia świata: “życie jest piękne we wszystkich jego przejawach”. Co prawda wolnego człowieka w PRL-u nie dało się przedstawić, ale wolnego kota - jak najbardziej.
Koty sytuują się na formalistycznych marginesach politycznej odwilży, ale powstały przecież w czasie, w którym formalizm miał rewizjonistyczny posmak. Pod względem plastycznym album jest doskonale zakomponiowany, ekspresyjnie kontrastuje czerń i biel. Przypomina wręcz rodzaj ćwiczenia formalnego w duchu wczesnych modernistów. Książka jest przy tym dynamicznie złamana ze swobodnie komponowanymi rozkładówkami. Cechuje ją też poczucie humoru, czego wyrazem jest choćby wstępny tekst sygnowany przez psa fafika.
Koty to piękny album o niczym i jednocześnie przejmujący kamuflaż. Dla Styczyńskiego, podobnie jak to było w wypadku innych twórców jego pokolenia (Z. Dłubak. E. Lokajski, E. Haneman) fotografia była rodzajem eskapistycznej praktyki, odreagowania intensywnych doświadczeń czasu wojny (Styczyński był członkiem AK w komórce wywiadu), a potem ucieczką przed politycznym i artystycznym terrorem stalinizmu. Patrząc na tę książkę przez pryzmat późniejszych publikacji fotografa warto zwrócić uwagę na fakt, że mimo współpracy z największymi ówczesnymi wydawnictwami państwowymi, łączy je konsekwentna intuicja do tematów odległych od oficjalnej rutyny peerelowskich albumów krajoznawczo-propagandowych. Styczyński, niesłusznie zapomniany, ma na koncie przynajmniej kilka wybitnych albumów fotograficznych (np. Ludzie areny, 1975), spośród których większą uwagę poświęcono dotąd tylko Wiśle (1973). Fotografie z tej książki włączyło do swojej kolekcji warszawskie Muzeum Sztuki Nowoczesnej, podążając zresztą za jednym ze znanych obrazów Wilhelma Sasnala namalowanym na podstawie zamieszczonego w tej książce fotograficznego portretu Władysława Broniewskiego. 
fotografie: Jan Styczyński
tekst: Jan Styczyński
opracowanie graficzne: Wiktor Górka
wydawca: Sport i Turystyka, Warszawa
rok wydania: 1960
objętość: 120 stron
format: 22 x 27 cm
oprawa: twarda, płócienna z obwolutą
nakład: 20 350 egz.
ISBN —-
Zoom Info
polishphotobook:

Jan Styczyński
KOTY
Koty Jana Styczyńskiego są wyjątkowo wdzięcznym pod względem estetycznym produktem artystycznym czasu postalinowskiej odwilży. W swej ujmującej niewinności album jest czymś dokładnie różnym od orwellowskiego folwarku. To dzieło plastyczne w idealny sposób ignorujące rzeczywistość społeczno-polityczną swego czasu. Oto Koty - ponad setka czarno-białych fotografii ukazujących udomowione i dzikie zwierzęta, w ujęciach portretowych, scenkach rodzajowych, pejzażu miejskim. Zarazem jednak książka ta antycypuje podobne tematyczne zbiory o pozornie większym ciężarze gatunkowym - jak choćby późniejszy o parę lat album Mały człowiek Zofii Rydet. Ludzkie emocje projektowane są tu na popularne zwierzęta, a rodzaj narracji przypomina klasyczny fotoreportaż: koty w obcych krajach, na tle Giewontu, na ulicy, w domu, za kratą. W tym sensie jest to więc dzieło typowe dla fotografii humanistycznej połowy XX wieku, z jej skłonnością do idealizacji wybranych wycinków rzeczywistości, pokazywanej w wybiórczy i pogodny sposób (nie pojawia się tu na przykład motyw śmierci tak dziś popularny w ikonografii tematu). Koty to adaptacja steichenowskiego sposobu widzenia świata: “życie jest piękne we wszystkich jego przejawach”. Co prawda wolnego człowieka w PRL-u nie dało się przedstawić, ale wolnego kota - jak najbardziej.
Koty sytuują się na formalistycznych marginesach politycznej odwilży, ale powstały przecież w czasie, w którym formalizm miał rewizjonistyczny posmak. Pod względem plastycznym album jest doskonale zakomponiowany, ekspresyjnie kontrastuje czerń i biel. Przypomina wręcz rodzaj ćwiczenia formalnego w duchu wczesnych modernistów. Książka jest przy tym dynamicznie złamana ze swobodnie komponowanymi rozkładówkami. Cechuje ją też poczucie humoru, czego wyrazem jest choćby wstępny tekst sygnowany przez psa fafika.
Koty to piękny album o niczym i jednocześnie przejmujący kamuflaż. Dla Styczyńskiego, podobnie jak to było w wypadku innych twórców jego pokolenia (Z. Dłubak. E. Lokajski, E. Haneman) fotografia była rodzajem eskapistycznej praktyki, odreagowania intensywnych doświadczeń czasu wojny (Styczyński był członkiem AK w komórce wywiadu), a potem ucieczką przed politycznym i artystycznym terrorem stalinizmu. Patrząc na tę książkę przez pryzmat późniejszych publikacji fotografa warto zwrócić uwagę na fakt, że mimo współpracy z największymi ówczesnymi wydawnictwami państwowymi, łączy je konsekwentna intuicja do tematów odległych od oficjalnej rutyny peerelowskich albumów krajoznawczo-propagandowych. Styczyński, niesłusznie zapomniany, ma na koncie przynajmniej kilka wybitnych albumów fotograficznych (np. Ludzie areny, 1975), spośród których większą uwagę poświęcono dotąd tylko Wiśle (1973). Fotografie z tej książki włączyło do swojej kolekcji warszawskie Muzeum Sztuki Nowoczesnej, podążając zresztą za jednym ze znanych obrazów Wilhelma Sasnala namalowanym na podstawie zamieszczonego w tej książce fotograficznego portretu Władysława Broniewskiego. 
fotografie: Jan Styczyński
tekst: Jan Styczyński
opracowanie graficzne: Wiktor Górka
wydawca: Sport i Turystyka, Warszawa
rok wydania: 1960
objętość: 120 stron
format: 22 x 27 cm
oprawa: twarda, płócienna z obwolutą
nakład: 20 350 egz.
ISBN —-
Zoom Info
polishphotobook:

Jan Styczyński
KOTY
Koty Jana Styczyńskiego są wyjątkowo wdzięcznym pod względem estetycznym produktem artystycznym czasu postalinowskiej odwilży. W swej ujmującej niewinności album jest czymś dokładnie różnym od orwellowskiego folwarku. To dzieło plastyczne w idealny sposób ignorujące rzeczywistość społeczno-polityczną swego czasu. Oto Koty - ponad setka czarno-białych fotografii ukazujących udomowione i dzikie zwierzęta, w ujęciach portretowych, scenkach rodzajowych, pejzażu miejskim. Zarazem jednak książka ta antycypuje podobne tematyczne zbiory o pozornie większym ciężarze gatunkowym - jak choćby późniejszy o parę lat album Mały człowiek Zofii Rydet. Ludzkie emocje projektowane są tu na popularne zwierzęta, a rodzaj narracji przypomina klasyczny fotoreportaż: koty w obcych krajach, na tle Giewontu, na ulicy, w domu, za kratą. W tym sensie jest to więc dzieło typowe dla fotografii humanistycznej połowy XX wieku, z jej skłonnością do idealizacji wybranych wycinków rzeczywistości, pokazywanej w wybiórczy i pogodny sposób (nie pojawia się tu na przykład motyw śmierci tak dziś popularny w ikonografii tematu). Koty to adaptacja steichenowskiego sposobu widzenia świata: “życie jest piękne we wszystkich jego przejawach”. Co prawda wolnego człowieka w PRL-u nie dało się przedstawić, ale wolnego kota - jak najbardziej.
Koty sytuują się na formalistycznych marginesach politycznej odwilży, ale powstały przecież w czasie, w którym formalizm miał rewizjonistyczny posmak. Pod względem plastycznym album jest doskonale zakomponiowany, ekspresyjnie kontrastuje czerń i biel. Przypomina wręcz rodzaj ćwiczenia formalnego w duchu wczesnych modernistów. Książka jest przy tym dynamicznie złamana ze swobodnie komponowanymi rozkładówkami. Cechuje ją też poczucie humoru, czego wyrazem jest choćby wstępny tekst sygnowany przez psa fafika.
Koty to piękny album o niczym i jednocześnie przejmujący kamuflaż. Dla Styczyńskiego, podobnie jak to było w wypadku innych twórców jego pokolenia (Z. Dłubak. E. Lokajski, E. Haneman) fotografia była rodzajem eskapistycznej praktyki, odreagowania intensywnych doświadczeń czasu wojny (Styczyński był członkiem AK w komórce wywiadu), a potem ucieczką przed politycznym i artystycznym terrorem stalinizmu. Patrząc na tę książkę przez pryzmat późniejszych publikacji fotografa warto zwrócić uwagę na fakt, że mimo współpracy z największymi ówczesnymi wydawnictwami państwowymi, łączy je konsekwentna intuicja do tematów odległych od oficjalnej rutyny peerelowskich albumów krajoznawczo-propagandowych. Styczyński, niesłusznie zapomniany, ma na koncie przynajmniej kilka wybitnych albumów fotograficznych (np. Ludzie areny, 1975), spośród których większą uwagę poświęcono dotąd tylko Wiśle (1973). Fotografie z tej książki włączyło do swojej kolekcji warszawskie Muzeum Sztuki Nowoczesnej, podążając zresztą za jednym ze znanych obrazów Wilhelma Sasnala namalowanym na podstawie zamieszczonego w tej książce fotograficznego portretu Władysława Broniewskiego. 
fotografie: Jan Styczyński
tekst: Jan Styczyński
opracowanie graficzne: Wiktor Górka
wydawca: Sport i Turystyka, Warszawa
rok wydania: 1960
objętość: 120 stron
format: 22 x 27 cm
oprawa: twarda, płócienna z obwolutą
nakład: 20 350 egz.
ISBN —-
Zoom Info
polishphotobook:

Jan Styczyński
KOTY
Koty Jana Styczyńskiego są wyjątkowo wdzięcznym pod względem estetycznym produktem artystycznym czasu postalinowskiej odwilży. W swej ujmującej niewinności album jest czymś dokładnie różnym od orwellowskiego folwarku. To dzieło plastyczne w idealny sposób ignorujące rzeczywistość społeczno-polityczną swego czasu. Oto Koty - ponad setka czarno-białych fotografii ukazujących udomowione i dzikie zwierzęta, w ujęciach portretowych, scenkach rodzajowych, pejzażu miejskim. Zarazem jednak książka ta antycypuje podobne tematyczne zbiory o pozornie większym ciężarze gatunkowym - jak choćby późniejszy o parę lat album Mały człowiek Zofii Rydet. Ludzkie emocje projektowane są tu na popularne zwierzęta, a rodzaj narracji przypomina klasyczny fotoreportaż: koty w obcych krajach, na tle Giewontu, na ulicy, w domu, za kratą. W tym sensie jest to więc dzieło typowe dla fotografii humanistycznej połowy XX wieku, z jej skłonnością do idealizacji wybranych wycinków rzeczywistości, pokazywanej w wybiórczy i pogodny sposób (nie pojawia się tu na przykład motyw śmierci tak dziś popularny w ikonografii tematu). Koty to adaptacja steichenowskiego sposobu widzenia świata: “życie jest piękne we wszystkich jego przejawach”. Co prawda wolnego człowieka w PRL-u nie dało się przedstawić, ale wolnego kota - jak najbardziej.
Koty sytuują się na formalistycznych marginesach politycznej odwilży, ale powstały przecież w czasie, w którym formalizm miał rewizjonistyczny posmak. Pod względem plastycznym album jest doskonale zakomponiowany, ekspresyjnie kontrastuje czerń i biel. Przypomina wręcz rodzaj ćwiczenia formalnego w duchu wczesnych modernistów. Książka jest przy tym dynamicznie złamana ze swobodnie komponowanymi rozkładówkami. Cechuje ją też poczucie humoru, czego wyrazem jest choćby wstępny tekst sygnowany przez psa fafika.
Koty to piękny album o niczym i jednocześnie przejmujący kamuflaż. Dla Styczyńskiego, podobnie jak to było w wypadku innych twórców jego pokolenia (Z. Dłubak. E. Lokajski, E. Haneman) fotografia była rodzajem eskapistycznej praktyki, odreagowania intensywnych doświadczeń czasu wojny (Styczyński był członkiem AK w komórce wywiadu), a potem ucieczką przed politycznym i artystycznym terrorem stalinizmu. Patrząc na tę książkę przez pryzmat późniejszych publikacji fotografa warto zwrócić uwagę na fakt, że mimo współpracy z największymi ówczesnymi wydawnictwami państwowymi, łączy je konsekwentna intuicja do tematów odległych od oficjalnej rutyny peerelowskich albumów krajoznawczo-propagandowych. Styczyński, niesłusznie zapomniany, ma na koncie przynajmniej kilka wybitnych albumów fotograficznych (np. Ludzie areny, 1975), spośród których większą uwagę poświęcono dotąd tylko Wiśle (1973). Fotografie z tej książki włączyło do swojej kolekcji warszawskie Muzeum Sztuki Nowoczesnej, podążając zresztą za jednym ze znanych obrazów Wilhelma Sasnala namalowanym na podstawie zamieszczonego w tej książce fotograficznego portretu Władysława Broniewskiego. 
fotografie: Jan Styczyński
tekst: Jan Styczyński
opracowanie graficzne: Wiktor Górka
wydawca: Sport i Turystyka, Warszawa
rok wydania: 1960
objętość: 120 stron
format: 22 x 27 cm
oprawa: twarda, płócienna z obwolutą
nakład: 20 350 egz.
ISBN —-
Zoom Info
polishphotobook:

Jan Styczyński
KOTY
Koty Jana Styczyńskiego są wyjątkowo wdzięcznym pod względem estetycznym produktem artystycznym czasu postalinowskiej odwilży. W swej ujmującej niewinności album jest czymś dokładnie różnym od orwellowskiego folwarku. To dzieło plastyczne w idealny sposób ignorujące rzeczywistość społeczno-polityczną swego czasu. Oto Koty - ponad setka czarno-białych fotografii ukazujących udomowione i dzikie zwierzęta, w ujęciach portretowych, scenkach rodzajowych, pejzażu miejskim. Zarazem jednak książka ta antycypuje podobne tematyczne zbiory o pozornie większym ciężarze gatunkowym - jak choćby późniejszy o parę lat album Mały człowiek Zofii Rydet. Ludzkie emocje projektowane są tu na popularne zwierzęta, a rodzaj narracji przypomina klasyczny fotoreportaż: koty w obcych krajach, na tle Giewontu, na ulicy, w domu, za kratą. W tym sensie jest to więc dzieło typowe dla fotografii humanistycznej połowy XX wieku, z jej skłonnością do idealizacji wybranych wycinków rzeczywistości, pokazywanej w wybiórczy i pogodny sposób (nie pojawia się tu na przykład motyw śmierci tak dziś popularny w ikonografii tematu). Koty to adaptacja steichenowskiego sposobu widzenia świata: “życie jest piękne we wszystkich jego przejawach”. Co prawda wolnego człowieka w PRL-u nie dało się przedstawić, ale wolnego kota - jak najbardziej.
Koty sytuują się na formalistycznych marginesach politycznej odwilży, ale powstały przecież w czasie, w którym formalizm miał rewizjonistyczny posmak. Pod względem plastycznym album jest doskonale zakomponiowany, ekspresyjnie kontrastuje czerń i biel. Przypomina wręcz rodzaj ćwiczenia formalnego w duchu wczesnych modernistów. Książka jest przy tym dynamicznie złamana ze swobodnie komponowanymi rozkładówkami. Cechuje ją też poczucie humoru, czego wyrazem jest choćby wstępny tekst sygnowany przez psa fafika.
Koty to piękny album o niczym i jednocześnie przejmujący kamuflaż. Dla Styczyńskiego, podobnie jak to było w wypadku innych twórców jego pokolenia (Z. Dłubak. E. Lokajski, E. Haneman) fotografia była rodzajem eskapistycznej praktyki, odreagowania intensywnych doświadczeń czasu wojny (Styczyński był członkiem AK w komórce wywiadu), a potem ucieczką przed politycznym i artystycznym terrorem stalinizmu. Patrząc na tę książkę przez pryzmat późniejszych publikacji fotografa warto zwrócić uwagę na fakt, że mimo współpracy z największymi ówczesnymi wydawnictwami państwowymi, łączy je konsekwentna intuicja do tematów odległych od oficjalnej rutyny peerelowskich albumów krajoznawczo-propagandowych. Styczyński, niesłusznie zapomniany, ma na koncie przynajmniej kilka wybitnych albumów fotograficznych (np. Ludzie areny, 1975), spośród których większą uwagę poświęcono dotąd tylko Wiśle (1973). Fotografie z tej książki włączyło do swojej kolekcji warszawskie Muzeum Sztuki Nowoczesnej, podążając zresztą za jednym ze znanych obrazów Wilhelma Sasnala namalowanym na podstawie zamieszczonego w tej książce fotograficznego portretu Władysława Broniewskiego. 
fotografie: Jan Styczyński
tekst: Jan Styczyński
opracowanie graficzne: Wiktor Górka
wydawca: Sport i Turystyka, Warszawa
rok wydania: 1960
objętość: 120 stron
format: 22 x 27 cm
oprawa: twarda, płócienna z obwolutą
nakład: 20 350 egz.
ISBN —-
Zoom Info
polishphotobook:

Jan Styczyński
KOTY
Koty Jana Styczyńskiego są wyjątkowo wdzięcznym pod względem estetycznym produktem artystycznym czasu postalinowskiej odwilży. W swej ujmującej niewinności album jest czymś dokładnie różnym od orwellowskiego folwarku. To dzieło plastyczne w idealny sposób ignorujące rzeczywistość społeczno-polityczną swego czasu. Oto Koty - ponad setka czarno-białych fotografii ukazujących udomowione i dzikie zwierzęta, w ujęciach portretowych, scenkach rodzajowych, pejzażu miejskim. Zarazem jednak książka ta antycypuje podobne tematyczne zbiory o pozornie większym ciężarze gatunkowym - jak choćby późniejszy o parę lat album Mały człowiek Zofii Rydet. Ludzkie emocje projektowane są tu na popularne zwierzęta, a rodzaj narracji przypomina klasyczny fotoreportaż: koty w obcych krajach, na tle Giewontu, na ulicy, w domu, za kratą. W tym sensie jest to więc dzieło typowe dla fotografii humanistycznej połowy XX wieku, z jej skłonnością do idealizacji wybranych wycinków rzeczywistości, pokazywanej w wybiórczy i pogodny sposób (nie pojawia się tu na przykład motyw śmierci tak dziś popularny w ikonografii tematu). Koty to adaptacja steichenowskiego sposobu widzenia świata: “życie jest piękne we wszystkich jego przejawach”. Co prawda wolnego człowieka w PRL-u nie dało się przedstawić, ale wolnego kota - jak najbardziej.
Koty sytuują się na formalistycznych marginesach politycznej odwilży, ale powstały przecież w czasie, w którym formalizm miał rewizjonistyczny posmak. Pod względem plastycznym album jest doskonale zakomponiowany, ekspresyjnie kontrastuje czerń i biel. Przypomina wręcz rodzaj ćwiczenia formalnego w duchu wczesnych modernistów. Książka jest przy tym dynamicznie złamana ze swobodnie komponowanymi rozkładówkami. Cechuje ją też poczucie humoru, czego wyrazem jest choćby wstępny tekst sygnowany przez psa fafika.
Koty to piękny album o niczym i jednocześnie przejmujący kamuflaż. Dla Styczyńskiego, podobnie jak to było w wypadku innych twórców jego pokolenia (Z. Dłubak. E. Lokajski, E. Haneman) fotografia była rodzajem eskapistycznej praktyki, odreagowania intensywnych doświadczeń czasu wojny (Styczyński był członkiem AK w komórce wywiadu), a potem ucieczką przed politycznym i artystycznym terrorem stalinizmu. Patrząc na tę książkę przez pryzmat późniejszych publikacji fotografa warto zwrócić uwagę na fakt, że mimo współpracy z największymi ówczesnymi wydawnictwami państwowymi, łączy je konsekwentna intuicja do tematów odległych od oficjalnej rutyny peerelowskich albumów krajoznawczo-propagandowych. Styczyński, niesłusznie zapomniany, ma na koncie przynajmniej kilka wybitnych albumów fotograficznych (np. Ludzie areny, 1975), spośród których większą uwagę poświęcono dotąd tylko Wiśle (1973). Fotografie z tej książki włączyło do swojej kolekcji warszawskie Muzeum Sztuki Nowoczesnej, podążając zresztą za jednym ze znanych obrazów Wilhelma Sasnala namalowanym na podstawie zamieszczonego w tej książce fotograficznego portretu Władysława Broniewskiego. 
fotografie: Jan Styczyński
tekst: Jan Styczyński
opracowanie graficzne: Wiktor Górka
wydawca: Sport i Turystyka, Warszawa
rok wydania: 1960
objętość: 120 stron
format: 22 x 27 cm
oprawa: twarda, płócienna z obwolutą
nakład: 20 350 egz.
ISBN —-
Zoom Info
polishphotobook:

Jan Styczyński
KOTY
Koty Jana Styczyńskiego są wyjątkowo wdzięcznym pod względem estetycznym produktem artystycznym czasu postalinowskiej odwilży. W swej ujmującej niewinności album jest czymś dokładnie różnym od orwellowskiego folwarku. To dzieło plastyczne w idealny sposób ignorujące rzeczywistość społeczno-polityczną swego czasu. Oto Koty - ponad setka czarno-białych fotografii ukazujących udomowione i dzikie zwierzęta, w ujęciach portretowych, scenkach rodzajowych, pejzażu miejskim. Zarazem jednak książka ta antycypuje podobne tematyczne zbiory o pozornie większym ciężarze gatunkowym - jak choćby późniejszy o parę lat album Mały człowiek Zofii Rydet. Ludzkie emocje projektowane są tu na popularne zwierzęta, a rodzaj narracji przypomina klasyczny fotoreportaż: koty w obcych krajach, na tle Giewontu, na ulicy, w domu, za kratą. W tym sensie jest to więc dzieło typowe dla fotografii humanistycznej połowy XX wieku, z jej skłonnością do idealizacji wybranych wycinków rzeczywistości, pokazywanej w wybiórczy i pogodny sposób (nie pojawia się tu na przykład motyw śmierci tak dziś popularny w ikonografii tematu). Koty to adaptacja steichenowskiego sposobu widzenia świata: “życie jest piękne we wszystkich jego przejawach”. Co prawda wolnego człowieka w PRL-u nie dało się przedstawić, ale wolnego kota - jak najbardziej.
Koty sytuują się na formalistycznych marginesach politycznej odwilży, ale powstały przecież w czasie, w którym formalizm miał rewizjonistyczny posmak. Pod względem plastycznym album jest doskonale zakomponiowany, ekspresyjnie kontrastuje czerń i biel. Przypomina wręcz rodzaj ćwiczenia formalnego w duchu wczesnych modernistów. Książka jest przy tym dynamicznie złamana ze swobodnie komponowanymi rozkładówkami. Cechuje ją też poczucie humoru, czego wyrazem jest choćby wstępny tekst sygnowany przez psa fafika.
Koty to piękny album o niczym i jednocześnie przejmujący kamuflaż. Dla Styczyńskiego, podobnie jak to było w wypadku innych twórców jego pokolenia (Z. Dłubak. E. Lokajski, E. Haneman) fotografia była rodzajem eskapistycznej praktyki, odreagowania intensywnych doświadczeń czasu wojny (Styczyński był członkiem AK w komórce wywiadu), a potem ucieczką przed politycznym i artystycznym terrorem stalinizmu. Patrząc na tę książkę przez pryzmat późniejszych publikacji fotografa warto zwrócić uwagę na fakt, że mimo współpracy z największymi ówczesnymi wydawnictwami państwowymi, łączy je konsekwentna intuicja do tematów odległych od oficjalnej rutyny peerelowskich albumów krajoznawczo-propagandowych. Styczyński, niesłusznie zapomniany, ma na koncie przynajmniej kilka wybitnych albumów fotograficznych (np. Ludzie areny, 1975), spośród których większą uwagę poświęcono dotąd tylko Wiśle (1973). Fotografie z tej książki włączyło do swojej kolekcji warszawskie Muzeum Sztuki Nowoczesnej, podążając zresztą za jednym ze znanych obrazów Wilhelma Sasnala namalowanym na podstawie zamieszczonego w tej książce fotograficznego portretu Władysława Broniewskiego. 
fotografie: Jan Styczyński
tekst: Jan Styczyński
opracowanie graficzne: Wiktor Górka
wydawca: Sport i Turystyka, Warszawa
rok wydania: 1960
objętość: 120 stron
format: 22 x 27 cm
oprawa: twarda, płócienna z obwolutą
nakład: 20 350 egz.
ISBN —-
Zoom Info

polishphotobook:

Jan Styczyński

KOTY

Koty Jana Styczyńskiego są wyjątkowo wdzięcznym pod względem estetycznym produktem artystycznym czasu postalinowskiej odwilży. W swej ujmującej niewinności album jest czymś dokładnie różnym od orwellowskiego folwarku. To dzieło plastyczne w idealny sposób ignorujące rzeczywistość społeczno-polityczną swego czasu. Oto Koty - ponad setka czarno-białych fotografii ukazujących udomowione i dzikie zwierzęta, w ujęciach portretowych, scenkach rodzajowych, pejzażu miejskim. Zarazem jednak książka ta antycypuje podobne tematyczne zbiory o pozornie większym ciężarze gatunkowym - jak choćby późniejszy o parę lat album Mały człowiek Zofii Rydet. Ludzkie emocje projektowane są tu na popularne zwierzęta, a rodzaj narracji przypomina klasyczny fotoreportaż: koty w obcych krajach, na tle Giewontu, na ulicy, w domu, za kratą. W tym sensie jest to więc dzieło typowe dla fotografii humanistycznej połowy XX wieku, z jej skłonnością do idealizacji wybranych wycinków rzeczywistości, pokazywanej w wybiórczy i pogodny sposób (nie pojawia się tu na przykład motyw śmierci tak dziś popularny w ikonografii tematu). Koty to adaptacja steichenowskiego sposobu widzenia świata: “życie jest piękne we wszystkich jego przejawach”. Co prawda wolnego człowieka w PRL-u nie dało się przedstawić, ale wolnego kota - jak najbardziej.

Koty sytuują się na formalistycznych marginesach politycznej odwilży, ale powstały przecież w czasie, w którym formalizm miał rewizjonistyczny posmak. Pod względem plastycznym album jest doskonale zakomponiowany, ekspresyjnie kontrastuje czerń i biel. Przypomina wręcz rodzaj ćwiczenia formalnego w duchu wczesnych modernistów. Książka jest przy tym dynamicznie złamana ze swobodnie komponowanymi rozkładówkami. Cechuje ją też poczucie humoru, czego wyrazem jest choćby wstępny tekst sygnowany przez psa fafika.

Koty to piękny album o niczym i jednocześnie przejmujący kamuflaż. Dla Styczyńskiego, podobnie jak to było w wypadku innych twórców jego pokolenia (Z. Dłubak. E. Lokajski, E. Haneman) fotografia była rodzajem eskapistycznej praktyki, odreagowania intensywnych doświadczeń czasu wojny (Styczyński był członkiem AK w komórce wywiadu), a potem ucieczką przed politycznym i artystycznym terrorem stalinizmu. Patrząc na tę książkę przez pryzmat późniejszych publikacji fotografa warto zwrócić uwagę na fakt, że mimo współpracy z największymi ówczesnymi wydawnictwami państwowymi, łączy je konsekwentna intuicja do tematów odległych od oficjalnej rutyny peerelowskich albumów krajoznawczo-propagandowych. Styczyński, niesłusznie zapomniany, ma na koncie przynajmniej kilka wybitnych albumów fotograficznych (np. Ludzie areny, 1975), spośród których większą uwagę poświęcono dotąd tylko Wiśle (1973). Fotografie z tej książki włączyło do swojej kolekcji warszawskie Muzeum Sztuki Nowoczesnej, podążając zresztą za jednym ze znanych obrazów Wilhelma Sasnala namalowanym na podstawie zamieszczonego w tej książce fotograficznego portretu Władysława Broniewskiego. 

fotografie: Jan Styczyński

tekst: Jan Styczyński

opracowanie graficzne: Wiktor Górka

wydawca: Sport i Turystyka, Warszawa

rok wydania: 1960

objętość: 120 stron

format: 22 x 27 cm

oprawa: twarda, płócienna z obwolutą

nakład: 20 350 egz.

ISBN —-